Przypadkowa wizyta w Empiku. Na półce z nowościami płyta – Piotr Rogucki, „Loki – Wizja Dźwięku”. Zakup bez zastanowienia. Pierwsze przesłuchanie. Potem drugie i trzecie. I każde kolejne, coraz bardziej wciągające. Momentami aż trudno się oderwać.
Dość szybko dobiegły mnie komentarze osób, które słyszały singiel („Szatany”), że po co solowa płyta, skoro muzyka na niej w sumie ta sama, co w twórczości Comy? Moim zdaniem zarzut całkowicie bezpodstawny. Na solowej płycie Roguca brak absolutnie podstawowego, pierwotnego „atutu” Comy – brak mistycyzmu. Co wcale nie oznacza, że „Wizji Dźwięku” czegokolwiek brakuje. Natomiast wrzucenie tego albumu do tego samego worka, co albumy Comy, byłoby dużym, dużym błędem.
Sam autor o swoim dziele wypowiada się tak, jakoby był to „zapis ścieżki dźwiękowej do filmu muzycznego, który nie powstał”. Bardzo ciekawe stwierdzenie, a im dłużej słucham „Wizji Dźwięku” tym mocniejsze mam wrażenie, że właśnie tak jest.
Muzycznie płyta oscyluje w okolicach szeroko pojętego rocka, nie brak tam motywów punkowych, nie brak folkowych, popowych, gdzieniegdzie słyszę szantową melancholię. Emocjonalnie tę płytę stawiam gdzieś w okolicach solowych dokonań Kasi Nosowskiej, klimatycznie – ze względu na dużą różnorodność, elementy ironiczne i pastisz – niedaleko twórczości Tymona Tymańskiego. Jednakże patrząc na całość – ciężko mi przyrównać „Wizję Dźwięku” do jakiejkolwiek znanej mi płyty.
Wielokrotnie w moim życiu zadawałam sobie pytanie, czy można nagrać płytę, na której każdy utwór jest nieco z innej beczki, a która jednocześnie będzie dogłębnie spójna? Jedyną chyba taką muzyką, którą znam, była ścieżka dźwiękowa z musicalu „Hair”, w którym piosenki niby osadzone w jednym klimacie, a jednak każdy utwór to osobna opowieść. Innych tak spójnych albumów nie pamiętam. Aż tu nagle pojawił się Loki. Nie da się ukryć, że to postać głównego bohatera scala album Roguca w spójną, nierozerwalną całość. Zabieg może dość prosty, ale jaki skuteczny! Poszczególnych piosenek słucha się jednym tchem, jednej po drugiej tak, jakby (właśnie!) oglądało się świetny, muzyczny film, w którym wartka akcja i wciągająca fabuła są jego podstawowym atutem.
Jest naturalnym dla Piotra Roguckiego, że płyty z jego udziałem odkrywa się kawałek po kawałku, a im więcej się ich słucha, tym więcej emocji i ciekawostek się odkrywa. Tu absolutnie nie jest inaczej. Czekam na czas, kiedy za rok, dwa lata, dziesięć, znów włożę „Wizję Dźwięku” do odtwarzacza, i kolejny raz słuchając znanych na pamięć utworów, odkryję w nich coś całkowicie nowego.
Czy jestem zafiksowana na Piotrze Roguckim i jego twórczości? Zdecydowanie. I zdecydowanie nie jestem obiektywna w moich opiniach. Niemniej jednak recenzja zawsze jest subiektywna, więc nie robię nic niestosownego
Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że na taką polską płytę czekałam wiele lat.